III rok studiów – podsumowanie

III rok studiów – podsumowanie

Końcówka września to czas najwyższy na podsumowanie minionego roku akademickiego. W tym roku uporanie się z zakończeniem i rozliczeniem zeszło mi zdecydowanie za długo. Teraz oficjalnie jestem już na czwartym roku, więc mogę podsumować ten z kryzysami, Erasmusem i pierwszą poprawką.

Semestr zimowy

Nie oszukujmy się – zakończony rok akademicki kręcił się głównie wokół Erasmusa. Jednak zanim przejdę do samego wyjazdu, opowiem Wam trochę o semestrze zimowym, który spędziłam w Polsce.

Semestr od pierwszego tygodnia zaczęłam z przytupem, bo od załatwiania dokumentów związanych z wyjazdem do Francji. Okazało się, że we Francji pomylili wydział, na który zostałam skierowana i papierologia nieco się skomplikowała. Między zajęciami biegałam po zgody i podpisy, ale jak wiecie – wszystko skończyło się pomyślnie.

Pozostała część semestru kręciła się głównie wokół zaliczenia wszystkiego przed wyjazdem do Francji. Musiałam przystąpić do zaliczeń i egzaminów przed Bożym Narodzeniem, czyli ponad miesiąc przed właściwą sesją. Nie będę Was oszukiwać – nie było łatwo. Oprócz przerabiania materiału na bieżąco, musiałam też nauczyć się tego, co byłoby realizowane w styczniu. Wiele rzeczy poszło wtedy nie tak, jak powinno, ale mam nauczkę na przyszłość. Ostatecznie w grudniowym terminie nie zdałam jednego egzaminu, zaś jedno zaliczenie od razu przełożyłam na po-Erasmusie.

Pierwszy kryzys

Drugi rok studiów kończyłam ze sporą dawką optymizmu. Przedmioty, które wtedy miałam, interesowały mnie i czułam się we właściwym miejscu. Na początku trzeciego roku sytuacja uległa zmianie, bo wiele przedmiotów było nudne. Mam tu na myśli np. zarys historii języka francuskiego czy różne pisanie na anglistyce. Ciężko mi było znaleźć coś ciekawego w tym, czego musiałam się uczyć, dlatego dość szybko zniechęciłam się do studiowania.

Bardzo się wtedy cieszyłam, że wyjeżdżam miesiąc przed zakończeniem semestru i ominie trochę flaków z olejem na ćwiczeniach. Gdyby nie wyjazd na Erasmusa, to prawdopodobnie moja niechęć do studiów pogłębiałaby się. A tak semestr zimowy był tylko złem koniecznym przed przygodą we Francji. Po tamtym semestrze zrozumiałam, dlaczego studia trwają trzy lata i zazdrościłam tym, którzy dyplom otrzymywali w czerwcu.

Pierwsza poprawka

W szale przed-erasmusowych zaliczeń i egzaminów nie udało mi się uniknąć małego potknięcia. Ostatni egzamin, który pisałam w grudniu, nie poszedł mi najlepiej. Zresztą wiedziałam o tym, zanim jeszcze zaczęłam się do niego uczyć. Pod koniec drugiego tygodnia zaliczeń prawie każdego dnia, mój mózg był bardziej papką niż mózgiem 😉 Samo zebranie się do nauki wymagało ode mnie sporej determinacji. Naprawdę nigdy w życiu, aż tak mi się nie czegoś nie chciało zrobić! Gapienie się w ścianę było milion razy ciekawsze niż czytanie materiałów.

Przemęczenie i ilość materiału oraz szczegółów, które miałam do zapamiętania, przesądziły o niepowodzeniu. O ocenie dowiedziałam się już we Francji, dlatego do poprawki podeszłam dopiero w czerwcu, a nie w marcu. Tym razem misja zakończyła się sukcesem! I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie…

Pierwszy wrzesień

Decyzję o podchodzeniu do egzaminu z literatury francuskiej po powrocie z Francji podjęłam już na początku semestru. Mając taką możliwość i widząc ilość materiałów, które miałam przerobić do grudnia, zdecydowałam się na odpuszczenie części nauki. Początkowo planowałam zdać egzamin pod koniec czerwca, ale ilość lektur mnie odstraszyła.

Później przez całe wakacje to sobie wypominałam, bo musiałam ciągle coś czytać i się uczyć. Zablokowałam się ze wszystkimi innymi książkami i czułam presję, że nie powinnam robić nic innego. Tylko ile można się uczyć?! Tak naprawdę zaczęłam tegoroczne wakacje dopiero 10 września po zdaniu tego nieszczęsnego egzaminu.

Mam nadzieję, że nigdy więcej się to nie powtórzy!

Semestr letni

O tym, jak wygląda studiowanie we Francji w porównaniu do studiowania w Polsce, zamierzam przygotować jeszcze jeden wpis, dlatego dziś tylko pokrótce opowiem Wam, jak wyglądał mój semestr we Francji.

Zajęcia zaczęłam 14 stycznia. Uczestniczyłam głównie w kursach z literatury francuskiej, ale też w jednych z angielskiego i dwóch z hiszpańskiego. Wiele osób uważa, że na Erasmusie nie robi się nic, oprócz imprezowania i podróżowania. Jak się później okazuje, żadna z tych osób nigdy nie była na Erasmusie, ale tak słyszała 😉 Po powrocie z Erasmusa jesteście rozliczani z przedmiotów, które zrealizowaliście za granicą. Po pierwsze, musicie zdobyć min. 20 ECTSów, żeby zatrzymać otrzymane od uczelni stypednium. Po drugie, większość jednostek wymaga, aby przedmioty chociaż z nazwy przypominały te, które realizowalibyście w Polsce. Dlatego czasem pouczyć się trzeba.

Moim zdaniem, we Francji wymaga się mniej niż w Polsce. Tak zaobserwowałam na zajęciach, na które chodziłam. U nas na egzamin z jednego semestru literatury miałam ponad 50 tekstów; we Francji 2 książki. Dwie. Niektóre przedmioty wymagały trochę więcej nauki i musiałam nad nimi przysiąść, ale było bez porównania przyjemniejsze niż moja grudniowa nauka. Miałam czas, żeby odetchnąć od intensywnego studiowania.

Podsumowując

Ciężko w jednym słowie określić miniony rok akademicki. Pierwsza połowa była naprawdę kiepska, ale na szczęście Erasmus poprawił mój nastrój. Nie był to ani dobry, ani zły rok, choć wyjazd do Francji był jedną z najlepszych decyzji w moim życiu i zawsze będę wdzięczna za tę możliwość!

Jaki będzie czwarty rok?

Na to pytanie bardzo ciężko mi odpowiedź. Tradycyjnie pojawił się problem z ustaleniem, na które zajęcia mamy chodzić (klasyk). Jak na razie nie mam tragedii w planie, ale czeka mnie napisanie dwóch prac licencjackich, a to na razie brzmi przerażająco. Mam nadzieję, że w lipcu będę mogła napisać wpis z podsumowaniem mojego licencjatu na SFK 🙂

 



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *