Belgrad w jeden dzień – sprawy techniczne

Belgrad w jeden dzień – sprawy techniczne

Belgrad jest drugą z bałkańskich stolic, którą zwiedziliśmy podczas naszych ostatnich podróży. Stolica Serbii nie należy do licznie odwiedzanych, a już na pewno niewielu tam Polaków. Moim zdaniem, bardo niesłusznie, bo to miasto mogłoby spokojnie konkurować z czeską Pragę a tłumu turystów tam nie ma.

Dojazd do Belgradu

Zacznę od jednej z najważniejszych kwestii, czyli jak się dostać do Belgradu. My zahaczyliśmy o niego w drodze powrotnej z Albanii – droga ciągiem do Polski byłaby niewykonalna. Podobnie, jak do Sarajewa, z Albanii prowadziła nas nawigacja samochodowa. Trochę się zdziwiliśmy, kiedy najszybszą trasę pokazała przez Grecję i Macedonię, ale po zweryfikowaniu tego z Google Maps okazało się, że to nie tylko dużo szybsza, ale też dużo wygodniejsza. Grecję i Serbię przejechaliśmy autostradami, ale w Macedonii większość dróg jest jeszcze w budowie, choć nie było tak tragicznie. Dróg na Bośni i tak nic nie pobije!

Saranda, miejscowość, w której byliśmy w Albanii, znajdowała się bardzo blisko granicy z Grecją – ok. 40 minut drogi samochodem. Zdecydowaliśmy jechać na miejscowość Ksamil, następnie przepłynąć starym, drewnianym promem i kierować się na przejście granicznej bliżej wybrzeża. Tę trasę pokonaliśmy już raz podczas kilkugodzinnego wypadu do Grecji. Dodatkowo, uniknęliśmy dzięki temu  przeprawy wąskimi, pełnymi zakrętów dróżkami między Sarandą a główną trasą łączącą Tiranę i Ateny.

Na autostradzie w Grecji kierowaliśmy się na Saloniki i dopiero tuż przed tą miejscowością, zjechaliśmy w kierunku granicy z Macedonią, ale drogowskazy na drogach kierowały już na Belgrad, więc nie mieliśmy problemów z dojazdem, aż do samej stolicy, w której nie mogliśmy znaleźć naszego hostelu.

Jeśli chodzi o przekraczanie granic między państwami, to przygotujcie się na odstanie swojego przy tych granicach, gdzie będą Was sprawdzać Albańczycy. Nie spieszą się z obsługą, potrafią być bardzo drobiazgowi i kazać Wam wypakować caluteńki samochód (choć my byliśmy tego świadkami tylko w przypadku Włochów), a do tego o 16.00 mają zmianę/przerwę/obiad/lunch/cokolwiek i mają gdzieś obsługę podróżnych. Granica jest zamknięta i czekaj sobie człowieku do skutku. Na pozostałych granicach nie spotkaliśmy się z żadnymi problemami, wręcz z bardzo ulgowym podejściem do Polaków – wystarczyło spojrzenie na okładki naszych paszportów.

Nocleg

We wpisie o Sarajewie kompletnie o tym zapomniałam, więc poruszę ten temat od razu, zanim znowu zostaniecie bez miejsca do spania 😉 Hotelu szukaliśmy przez booking.com, bo tak było nam najłatwiej. Oferta była bardzo duża, więc każdy znajdzie coś dla siebie. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na hostel, który jest położony na rzece Sawie, dopływie Dunaju. Bardzo spodobało nam się wnętrze i fakt, że byłoby to coś kompletnie nowego. Żadne z nas nigdy nie spało na rzece. Gdy dojechaliśmy na miejsce i zobaczyliśmy miejsce do spania – zdania w rodzinie były podzielone. Mi bardzo się podobało, wnętrze było schludne, a ściany zdobiły ciekawe malunki. Widok był zachwycający!

Miało jednak kilka wad – brak parkingu (tylko publiczny w odległości +/- 1 km), brak dojazdu samochodem. To akurat mogliśmy przewidzieć, bo u nas na Bulwary Wiślane też nie wiedziesz. Nie spodziewaliśmy się hostelu przy bardzo popularnym parku. Ostatecznie udało nam się wjechać, bo panowie przy szlabanie nie robili problemów. Dzięki temu, uniknęliśmy długich wycieczek z ciężkimi torbami (rada ode mnie – spakujcie podręczne rzeczy na powrotną podróż w mniejsze torby, żeby duże walizki mogły zostać w samochodzie). Mimo to, uważam że, zdecydowałabym się na tę przygodę w hostelu na wodzie jeszcze raz.

belgrad

Brzegi zarówno Sawy, jak i Dunaju są bardzo dobrze zagospodarowane. Na wodzie wybudowano hotele, hostele, restauracje, kluby i domy prywatne. Wszystkie budynki stawiane są na metalowych stelażach – mieliśmy okazję widzieć jeden z nich podczas spaceru. Nie są to łódki, w których się śpi, ale wyglądające, jak standardowe, budynki. Jeśli zastanawiacie się, czy czuć, że jest się na wodzie i czy buja, to rozwieję Wasze wątpliwości. Przy dużym wietrze i falach było to lekko odczuwalne, ale myślę, że duży wpływ na to miał fakt, że widziałam za oknem falującą wodę.

Zakupy i waluta

W Belgradzie spędziliśmy tylko jeden, więc nie musieliśmy robić zbyt wielu zakupów. Żadnych pamiątek nie kupowaliśmy, bo nie czuliśmy takiej potrzeby, choć oczywiście stragany i sklepiki można znaleźć na każdym rogu turystycznej dzielnicy. Osoba pracująca w hostelu do zrobienia większych zakupów poleciła nam UŠĆE Shopping Center (jest zaznaczone na tej samej mapce, co hostel), czyli takie samo centrum handlowego, jak u nas w Polsce. Co więcej, sklepy są prawie identyczne. Polecono go nam ze względu na niskie ceny – wiadomo, zawsze taniej kupić z supermarkecie niż w małym sklepiku nastawionym na turystów 😉 A my kupowaliśmy tylko przekąski na podróż powrotną.

W Belgradzie i na stacjach benzynowych w Serbii płaciliśmy gotówką – dinarem serbskim (1 dinar to ok. 0,04 złotego). Natomiast nie wymienialiśmy bezpośrednio złotówek na dinary, bo jest to praktycznie niemożliwe. Dlatego też z Polski przywieźliśmy euro i tę walutę wymienialiśmy na wszystkie pozostałe w krajach bałkańskich. Zdecydowanie bardziej opłaca się wymieniać pieniądze w małych kantorach np. na belgradzkiej starówce. Kurs jest tam korzystniejszy niż sieciówkach typu Western Union. Jeśli jednak chcielibyście płacić kartą, to w Serbii nie ma z tym problemu.

Powrót do Polski

Nasza trasa powrotna w dużej mierze przypominała odbicie lustrzane trasy do Sarajewa. Właściwie od samego początku kierowaliśmy się na granicę serbsko – węgierską, gdzie jako państwo UE nie musieliśmy, aż tak długo czekać. Po przejściach z Albanią spodziewaliśmy się najgorszego, a w sumie tragedii nie było. Po przekroczeniu granicy z Węgrami kierowaliśmy się na Budapeszt, następnie na Bratysławę i, żeby nie jechać przez całe Czechy, zamiast na Brno, skierowaliśmy się na Ostravę i przejście graniczne w Cieszynie.

belgrad

Całą drogę jechało nam się bardzo dobrze, ponieważ od Belgradu po granicę z Czechami prowadziły nas autostrady. W Czechach, jak to w Czechach, ciężko się nie zgubić – oznakowania słabe, drogi pokręcone. Jeśli chodzi o dojazd to Warszawy, to 1000 razy bardziej polecam Wam w Piotrkowie Trybunalskim pojechać autostradą na Łódź, zamiast skręcać na S8 do Warszawy. Mimo dłuższego dystansu, jedzie się zdecydowanie szybciej i przyjemniej niż przez Janki (chyba że wszystkie TIRy postanowią się wzajemnie wyprzedzać).

 

To już wszystko, co przygotowałam dla Was w tym wpisie. Sądząc po jego długości, na drugą część opowieści o Belgradzie zaproszę Was już wkrótce, a w niej opiszę miejsca, które warto zwiedzić.

Przyznajcie się, kto by pojechał do Belgradu?



2 thoughts on “Belgrad w jeden dzień – sprawy techniczne”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *