Kaszmirowy Końsweek #43

Kaszmirowy Końsweek #43

Tyle się wydarzyło od ostatniego Końsweeka, że nawet nie wiem, od czego powinnam zacząć. Kiedy pisałam #42 było zimno, a forma Siwego była w rozsypce. A teraz, pisząc #43, w maju mamy lato, a Kaszmirowy chodzi super i powoli wracamy osiągamy poziom normalności. Tak, jest dobrze!

Od feralnego terenu, w którym spadłam, byliśmy na dłuższych i krótszych wycieczkach i ani razu Kaszmirowy już swoich różków nie pokazywał. Oczywiście zdarzało się, że zjadały go różne śmieci w krzakach, ale to jest standard. Zawsze znajdzie się jakaś gałązka albo bażant, albo promienie słońca, które będą padać nie tak, jak trzeba. Po tylu latach już się przyzwyczaiłam i przestałam łudzić, że Siwus zmądrzeje 😉

Poza tym coraz więcej pracujemy ujeżdżeniowo i przed moim wyjazdem do Poznania Kaszmirowy ledwo przebierał nogami (zdj. poniżej), a zachęcenie go do jakiegokolwiek większego wysiłku fizycznego i umysłowego było nie lada wyzwaniem. Przyczyn mogło być kilka, ale moim zdaniem, niewielka dawka owsa nałożyła się z przesileniem wiosennym i gubieniem sierści. Kaszmir poruszał się tak niechętnie, że gdybym go nie znała, to pomyślałabym, że znowu coś mu jest.

Natomiast od mojego powrotu i zwiększenia dawki owsa Siwus chodzi, aż miło! Naprawdę go nie poznaję! Nie wiem, co mu zrobili podczas mojej nieobecności, ale było to skuteczne 😀 Bardzo ładnie się rozluźnia i to rozluźnienie utrzymuje dłużej niż 3 sekundy. Muszę przyznać, że jazda sprawia mi dużo większą przyjemność, odkąd nie muszę go pchać przez 60 minut. Bo przecież nie chodzi o to, żeby się na koniu namęczyć dla samego męczenia. Zdecydowanie bardziej lubię zsiąść z satysfakcją, że było dobrze niż z myślą, ile to ja się dzisiaj namachałam.

Kaszmirowy wraca też do swojej funkcji konia-profesora i liczę na to, że jakoś się w tym odnajdziemy, bo ja jazdy lubię prowadzić, a jemu inny jeździec z pewnością nie zaszkodzi. Ostatnio zachowywał się grzecznie i tuptał spokojnie w kłusie, żeby wszystkim było wygodnie wysiedzieć ćwiczebny. Za to, jak po rozgrzewce ja wsiadłam na niego na galop, to odpalił rakietę. Upał mu nie straszny, byle biec gdzieś przed siebie. Udało mi się też poskakać coś tzn. krzyżaczka i stacjonatkę ok. 90 cm. Gdyby nie temperatura to pewnie pokusiłabym się na trochę więcej, biorąc pod uwagę entuzjazm Siwego, który biegł, podniósł nogi nad przeszkodą i biegł sobie radośnie dalej.

Dzisiaj byliśmy wreszcie w terenie i chłopaki ewidentnie za terenami się stęsknili. Jeden i drugi zasuwali dzielnie całą drogę, tylko już im nóg nie wystarczało, żeby nimi szybciej przebierać. Co dla nas okazało się bardzo szczęśliwym faktem, bo nie wiem, jak miałybyśmy jeszcze szybciej anglezować. A las jest teraz taki ładny! Zielone listki, ptaki śpiewają, a żaby rechoczą w bagienku. Chciałabym się tym naładować na zapas, bo za rok na wiosnę w Polsce mnie nie będzie…

Powiem Wam też, że letnie poranki przyszły w tym dużo wcześniej i znowu polubiłam wstawanie o 6, choć na zajęcia już mi tak sprawnie nie idzie. Uwielbiam to powietrze o poranku i do tego puste ulice – niech to lato długie będzie!

PS

Podczas pisania tego wpisu przypomniało mi się, że w zeszłym roku też robiłam zdjęcie na tym polu mleczy. Wiecie, kiedy ukazał się wpis? 25 maja! Szalona ta wiosna w tym roku…