Dwie zasady, które ułatwiają realizację wakacyjnych celów

, ,

Kiedy tydzień temu ogłosiłam światu moje wakacyjne wyzwanie, zaczęły się pojawiać pytania o to, czy to ma sens albo po co nakładam sobie takie ograniczenia w wakacje. I teraz, kiedy mija drugi tydzień, pojawiają się pytania o to, jakim cudem motywuję się do działania. Mam na to dwa sposoby!

Zasada nr 1

Racjonalne cele

Wielokrotnie nakładałam na siebie zbyt dużo zobowiązań w zbyt krótkim czasie i pewnie jeszcze wiele razy to zrobię, jednak podczas ustalania mojej wakacyjnej listy zadań starałam się zachować zimną krew i nie przegiąć.

Kiedy planujemy dane przedsięwzięcie albo jakieś wyzwanie zazwyczaj źle szacujemy czas przeznaczony na realizację zadań. Gdy jest jeszcze daleko, wydaje nam się, że damy radę ze wszystkim. Później wiele razy rzeczywistość to weryfikuje i pozostajemy z wyrzutami sumienia, że nie udało nam się zrobić danej rzeczy.

W żadnym razie nie chodzi mi o to, żebyście przestali wierzyć we własne siły! Sami znacie siebie i swoje możliwości najlepiej, dlatego to właśnie pod nie powinniście ustalać cele tak, żeby stanowiły one dla Was wyzwanie. Ale takie wyzwanie, które ostatecznie jesteście w stanie zrealizować.

Moją naukę języków zaplanowałam na 4 dni w tygodniu, dlatego że nie chcę spędzać całych wakacji na siedzeniu i wypisywaniu słówek – nawet dla mnie to za dużo! Potrzebuję też czasu na inne zainteresowania i na odpoczynek. Dzięki temu, że wzięłam pod uwagę dni wolne, nie dopada mnie frustracja w związku z czekającymi na realizację zadaniami.

Zasada nr 2

Nie zastanawiaj się

Kiedy realizuję poszczególne cele na dany dzień, pilnuję, żeby się nad nimi zbyt mocno nie zastanawiać. Nie myśleć, czy mi się chce. Nie poddawać pod wątpliwość, czy mogę daną rzecz przesunąć, ominąć, opóźnić.

Ostatnio, kiedy zbierałam się do wieczornych ćwiczeń, Mama stwierdziła, że podziwia mnie za to, że o tej godzinie mi się jeszcze chce. A ja szczerze mówiąc się nad tym nie zastanawiałam. Wiedziałam, że muszę to zrobić i gdybym zaczęła szukać wymówek i poddawać ćwiczenia albo wyjście na rolki pod wątpliwość, to w życiu bym się na nie nie wybrała. Przecież jest tyle wygodnych powodów, dla których nie warto: za ciepło, za zimo, za wcześnie, za późno, pójdę jutro itd. Lista może się ciągnąć w nieskończoność.

Dlatego, kiedy siadam do nauki języków, nie zaczynam od zastanawiania się, którego innego dnia lepiej byłoby to zrobić. Kiedy po usłyszeniu porannego budzika zaczynam przeliczać, co się stanie, gdy pośpię jeszcze tylko „5 minutek”, na 99% nie wstanę o tej godzinie, o której sobie zaplanowałam. Mimo że, szczególnie o poranku, odpędzenie marudnych i kuszących lenistwem myśli jest niezwykle trudne, staram się je odpychać, jak najdalej. Albo wstać, zanim do mnie dotrze, co robię. Najprawdopodobniej po 3-5 minutach będę już obudzona, a jak poćwiczę to już w ogóle!

Jak mawiał król Julian: „Szybciej! Zanim dotrze do nas, że to bez sensu!”

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *