Miesiąc bez zaległości – podsumowanie

,

W listopadowym Tu i teraz dumnie ogłosiłam grudzień miesiącem bez zaległości, nie tylko studenckich. Po ponad dwóch tygodniach od końca miesiąca przyszedł więc na podsumowanie i wyciągnięcie wniosków z mojego małego eksperymentu.

Czemu się na to zdecydowałam?

Październik był miesiąc spisanym na straty ze względu na nową rzeczywistość, czyli początek studiów. Listopad miał być już dużo lepszy, dobrze zorganizowany, ogarnięty i w ogóle cud, miód, malina. W dużej mierze ogarnęłam swoje życie, jednak cały czas zostawały mi jakieś rzeczy, które robiłam na ostatnią chwilę, nieprzeczytane lektury. Sprawy zaczęły się nakładać i było zdecydowanie trudniej je wszystkie zrealizować. Dlatego nie zastanawiając się zbyt długo (w myśl zasady: „Szybko! Zanim dotrze do nas, że to bez sensu”.) postanowiłam, że w grudniu nie będę miała zaległości, czyli będę robić wszystko od razu, bez zbędnego odwlekania i przekładania. Zaczęłam eksperyment, który mógł mi przynieść tylko korzyści.

dsc_1860

Co mi to dało?

Przede wszystkim fakt, że ogłosiłam to wszem i wobec, dał mi sporą motywację do działania. Wydaje mi się, że taki trik bardzo często pozwala nam spiąć się i zabrać do roboty, bo odpowiadamy nie tylko przed sobą, ale też przed wieloma innymi osobami, a przecież nieładnie jest nie dotrzymywać słowa, prawda? Dodatkowo zawsze możemy liczyć na to, że ktoś nas zawróci na dobry tor. Ja na przykład przed maturą prosiłam Mamę, żeby rozliczała mnie z tego, czego miałam się danego dnia pouczyć. Chyba nawet wymyśliłam sobie jakąś karę za niezrealizowane zadania, ale tego już nie pamiętam. Pamiętam jednak, że przyniosło mi to bardzo dobre rezultaty. Mówi się, że robimy coś dla siebie, a nie dla innych, ale ci inni potrafią nas czasami mniej lub bardziej zamierzenie do tego działania zachęcić.

Kolejny plusem tego przedsięwzięcia było to, że udało mi się wyjść na prostą z wieloma sprawami, które odkładałam od dłuższego czasu. Nadrobiłam wiele rzeczy i było mi łatwiej, bo nie zostawałam z dużą ilością nauki na ostatnią chwilę czy nienapisanymi wpisami i dodatkowo chaosem w pokoju, bo przecież zaraz to zrobię. Było mi też lżej, bo nic nade mną nie wisiało, mogłam odetchnąć.

Pozbyłam się też pretekstu do lenistwa. Zawsze gdzieś z tyłu głowy miałam słowa „Weź się do roboty! To miesiąc BEZ zaległości!”. I to mnie popychało do tego, że pisałam, co miałam napisać; sprzątałam, co miałam sprzątnąć; załatwiałam sprawy od razu, zamiast je odwlekać w nieskończoność. Ta idea pchała do roboty i wyciągała z lenia, który atakował w najmniej odpowiednich momentach i kusił odkładaniem na później.

DSC_1859.JPG

Co mi się nie udało?

Nie myślcie sobie, że przez cały miesiąc wszystko chodziło, jak w zegarku, a ja tylko skreślałam kolejne zadania. Niestety nie udała mi się przede wszystkim całkowita wytrwałość w swoim postanowieniu. Przez pierwsze prawi dwa tygodnie wszystko szło naprawdę bardzo dobrze, a później niespodziewanie dopadł mnie mocny spadek energii i w znacznym stopniu ograniczył moje moce przerobowe, o ile nie zrównał ich z ziemią.

Dzięki temu zauważyłam, że nie da się mieć zawsze chęci i energii do działania i nie zawsze wszystko idzie pięknie, jak z płatka. Zdarzają się gorsze dni i nie da się codziennie przez 31 dni działać na pełnych obrotach, bo można się zwyczajnie wykończyć.

Natomiast nie wydaje mi się, że sama idea „Miesiąca bez zaległości” była błędna. Błędem było to, że nie do końca dobry okres wybrałam, bo później przyszły Święta i wszystko trochę się rozjechało. Aczkolwiek ułatwiło mi to zamknięcie pewnych spraw przed końcem roku.

dsc_1865

Co dalej?

Z „Miesiąca bez zaległości” wyciągnęłam wiele nauczek, które chciałabym teraz wykorzystywać na co dzień. Na razie głównie chciałbym się skupić na tym, żeby nauczyć się pisać listy z zadaniami tak, abym była w stanie je zrealizować. Mam tendencję to zapisywania nie wiadomo ilu punktów, a później okazuje się, że połowa zostaje na kolejny dzień i robi się stos niemożliwy do przebrnięcia.

Mój eksperyment miał też wpływ na wybór mojego słowa roku, czyli dyscypliny. Teraz, gdy zaczynam marnować czas, zapala mi się z tyłu głowy czerwona lampka i krzyczy „Dyscyplina!”. I kończy się strata czasu, wracam do roboty.

Zastanawiam się też, czy nie wprowadzić sobie zasady, że do poniedziałku do piątku od razu robię to, co da się zrobić od razu, zamiast mówić sobie, że zrobię to jutro.Muszę jednak dokładnie to opracować i na pewno dam Wam znać, co wymyśliłam.

A Wy macie jakieś sprawdzone sposoby na walkę z zaległościami i zapobieganie im?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *