Pół roku bez kupowania ubrań – jakim cudem przeżyłam?

Pół roku bez kupowania ubrań – jakim cudem przeżyłam?

Jednym z punktów na mojej liście 26 rzeczy do zrobienia w I półroczu 2018 roku było niekupowanie ubrań. Pół roku minęło, więc przyszedł czas na małe podsumowanie tego, jak sobie dałam radę, co mi to dało i czy zamierzam to wyzwanie kontynuować.

Początkowo zakładałam, że nie będę kupować nowych ubrań i dopuszczałam zakupy w second handach. Jednak zmieniłam ten punkt po dwóch tygodniach. Doszłam do wniosku, że gdybym dalej kupowała w SH, to nie osiągnęłabym mojego głównego celu – nie uszczupliłabym zawartości mojej szafy.

Czy udało mi się wytrzymać?

Tak, choć na początku roku kupiłam ubrania sportowe, ponieważ wkręciłam się w ćwiczenia na macie; czarne rurki, bo poprzednie porwały się na amen i pod koniec czerwca na wyprzedaży kupiłam marynarkę. Tego ostatniego zakupu nie planowałam i było on trochę wbrew mojej zasadzie, ale po całym półroczu dałam sobie światło na jedne zakupy-nagrodę w second handzie – albo coś trafię, albo nie. Stety-niestety nic wtedy nie kupiłam, więc ta marynarka jest taką moją małą nagrodą.

Czy było to trudne zadanie?

Muszę przyznać, ze wyznaczyłam sobie to wyzwanie w dobrym momencie – przed rozpoczęciem zimowego sezonu wyprzedaży. Dzięki temu uchroniłam się przed wieloma nowymi, najpiękniejszymi na świecie i niezbędnymi sweterkami. Teraz oczywiście nawet nie pamiętam, jak wyglądały! A wydawało mi się, że nie będę mogła bez nich przetrwać.

Powiem Wam, że nigdy nie przyciągały mojego wzroku jakoś specjalnie wystawy sklepowe. Kiedy wysiadam z pociągu, przechodzę koło nich codziennie i nigdy nie mnie nie kusiły. Nigdy, oczywiście dopóki nie rozpoczęłam tego wyzwania. Wtedy wszystko było takie ładne, a każda kolekcja w 100% w moim stylu. Kilka razy nawet weszłam, żeby je obejrzeć, jednak myśl z tyłu głowy, że przecież nie kupuję ubrań, skutecznie mnie zniechęcała do zakupu.

Później zaczęłam po prostu te sklepy omijać, nie przeglądałam stron internetowych, nie szukałam na siłę rzeczy, których na pewno mi brakuje i bez których będę musiała chodzić na golasa 😉 Powiedzenie: “Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal” sprawdziło się w 200%.

Co mi to dało?

Jeśli chodzi o liczbę ubrań w mojej szafie, to, szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, czy mam ich mniej. Już dawno nie przeliczałam moich elementów garderoby.

Na początku wiosny przeprowadziłam gruntowną selekcję t-shirtów i bez skrupułów wybrałam te, w których jeszcze chcę chodzić “do ludzi”. Pozostałe przeznaczyłam do wykończenia w stajni, zaś część ówczesnych stajennych wylądowała w śmieciach albo oddałam je do gospodarstwa, które zbiera t-shirty, prześcieradła itp. Te porządki bardzo ułatwiły mi i przyspieszyły wybór codziennych strojów – nie musiałam przerzucać całej gigantycznej sterty!

Oprócz tego przybyło mi kilka sztuk ubrań od siostry, bo jak jej się zmienia gust, to ja dostaję te fajniejsze ciuchy dla siebie – to się nazywa dobry deal! Jednak do takich darów losu podchodzę z coraz większym rygorem i 10 razy zastanawiam się, czy na pewno mi dana bluzka potrzebna.

Detoks od zakupów przekonałam mnie częściowo do sensu kupowania droższych ubrań. Do tej pory uważałam, że kupowanie droższych ubrań niż standardowa sieciówka na wyprzedaży jest bez sensu. Po co to robić, skoro mogę mieć podobną rzecz kilkadziesiąt, a nawet kilkaset złotych tańszą? Moim ulubionym przelicznikiem był biały t-shirt. Jeśli ten, który kupuję w sieciówce za 15 zł jest zdatny do noszenia przez 2-3 lata, to ten za 150 zł powinien mi wystarczyć na 20 lat. Czy wystarczy? Szczerze wątpię.

Natomiast zaczyna do mnie przemawiać to, że lepiej jest kupić jedną idealną droższą sukienkę polskiej marki zamiast 3 tańszych, bo i tak nie mam później gdzie ich nosić.

Dodatkowo stałam się na zakupach bardziej wybredna. Już się tak łatwo nie nabieram na ładny wygląd, zwracam uwagę na szczegóły i zastanawiam się, czy naprawdę dana część garderoby jest mi niezbędna. Coraz szybciej stwierdzam, że nie, bo wiem, że cały czas pracuję nad większą ilością powietrza w szafie i szkoda mi tego, co do tej pory wypracowałam.

Suma summarum

Zamierzam kontynuować moje wyzwanie przez kolejne półrocze i powoli czuję, że nadchodzi czas kolejnych generalnych porządków w szafie. Najpewniej nastąpią one pod koniec września po zakończonym letnim sezonie. Gdzieś z tyłu głowy mam też Erasmusa. Wiem, że w przyszłym roku nie będę w stanie spakować do walizki całej szafy, a ta myśl bardzo ułatwia selekcję.

Powiem Wam, że odkrywanie własnego stylu i dopasowywanie garderoby na taką w 100% moją i pełną ubrań, które uwielbiam, to całkiem przyjemna sprawa. Polecam!

 



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *