#38 Kaszmirowy Końsweek

#38 Kaszmirowy Końsweek

Obiecałam dać Wam znać, co i jak z Kaszmirem, jak będę wiedziała coś więcej. I tak się składa, że najważniejsze badania mamy już za sobą i diagnoza też została postawiona. Przychodzę do Was z nowym Końsweekiem, w którym śmiało mogę Wam przedstawić rozkład jazdy na najbliższe 1,5 miesiąca.

Na początku potrzymam Was jeszcze chwilę w niepewności i opowiem o tym, co się u nas działo przed wizytą pani weterynarz. Właściwie od mojego powrotu z wakacji i #37 Kaszmirowego Końsweeka, pisząc który myślałam, że Kaszmir osiągnął już swój poziom wariactwa, okazało się, że on jeszcze wiele potrafi. Energia roznosiła go na wszystkie strony, szczególnie w górę. Do tego przerażało go coraz więcej dziwnych rzeczy. Samochody jeżdżące za murem zdecydowanie wiodą prym w tej kategorii, mimo że widujemy od kilku lat. I żeby nie było, że wszystkie są straszne! Wszystko zależy od modelu, wielkości, koloru i jeszcze liczby przejechanych kilometrów. Liście spadające z drzew albo uniesione przez pędem powietrza przez przejeżdżające samochody też potrafią gryźć po kopytkach. Kałuże to wiadomo – standard, chociaż po ilości terenów, w które ostatnio jeździmy, woda jest coraz mniej straszna.

Jazda w kółko po placu/hali i lonżowanie trochę mi się znudziły – ile można tego stępo-kłusa?! Więc jeździmy w tereny, ile się da, czyli wtedy, kiedy mamy towarzystwo np. w poniedziałki o 7.30 (jakbyście się zastanawiali, czy w ulewę też, to rozwieję Wasze wątpliwości. Tak, pojechaliśmy! Ale chyba przestawało już padać 😉 ). Ilość grzybów w lesie spowodowała, że Kaszmir prawie całkowicie uodpornił się na to, co czyha za krzakami. Nawet jemu znudziło się ciągłe odskakiwanie na widok grzybiarzy. Z samochodami w środku lasy też mamy już coraz mniejszy problem, choć to różnie bywa – patrz fragment o samochodach i murze.

W ostatnią sobotę wybraliśmy się na wycieczkę i odkrywaliśmy nową trasę. Przejechaliśmy 15 kilometrów w 2 godziny. Zobaczyliśmy mordercze krowy. I jeszcze wiele morderczych rzeczy, jak to bywa w nieznanych miejscach. Uciekaliśmy przed pociągiem towarowym – tu akurat chyba my spodziewałyśmy się większej paniki niż konie rzeczywiście jej dostały 😉 Ale przede wszystkim znalazłyśmy nowe miejsca ze świetnymi, długimi trasami na galopy (jak już galopować będziemy mogli) i wreszcie możemy się wybierać w inne rejony niż nasz znany na wylot las.

Na koniec jeszcze wyjaśnię Wam kwestie Kaszmirowego chorowania. Tak już wspominałam w poprzednim Końsweeku, oddech Siwego ma bardzo niewiele wspólnego z cichym wraz ze wzrostem tempa jazdy. Po badaniu wykonanym w zeszłym tygodniu potwierdziły się przypuszczenia – wszystkiemu winna jest krtań. Nie wchodząc zbytnio w weterynaryjne szczegóły, generalnie jest to wada leczona zabiegiem operacyjnym lub laserowym, ale w żadnym wypadku nie oznacza to, że Kaszmir teraz, natychmiast będzie jechał do kliniki! Po pierwsze, nie zagraża to jego życiu, jeśli jego praca będzie wyglądać tak, jak obecnie – czyli spokojne tuptanie bez dzikich galopów, skoków itp. Po drugie, potrzebujemy jeszcze jednych badań, które możemy wykonać dopiero za miesiąc – wtedy mija okres karencji antybiotyku i nie wynik nie wyjdzie przekłamany. I w zależności od wyniku będziemy decydować, co dalej.

Także na razie będziemy sobie dalej lekko pracować, jeździć w tereny i pilnować oddechu. A co się będzie działo dalej, to bardzo długa droga. Kaszmir chodzi już teraz mniej, bardziej dla rozruszania się i pilnowania mięśni, żeby nie zanikły, aż tak bardzo. A poza tym zaczynam w poniedziałek rok akademicki i siłą rzeczy będę miała dla niego mniej czasu…



2 thoughts on “#38 Kaszmirowy Końsweek”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *