#39 Kaszmirowy Końsweek

#39 Kaszmirowy Końsweek

Jesienna pogoda raczy nas raz słońcem i ciepłem, raz deszczem, wiatrem i chłodem. Raz Kaszmir chodzi dużo, raz mało. Czasami pięknie, grzecznie, cud-miód, a czasami lepiej nie komentować. Dlatego przyszedł czas na Kaszmirowe nowości, czyli najnowszy Kaszmirowy Końsweek.

Od #38 Kaszmirowego Końsweeka, który opublikowałam pod koniec września, minęły już prawie 4 tygodnie, więc postanowiłam trochę zaktualizować informacje odnośnie tego, co się u nas ostatnio dzieje.

Z początkiem roku akademickiego i różnymi zawirowaniami, które wynikły z mojego dynamicznie zmieniającego się planu zajęć, jeździłam mocno w kratkę. Oznacza to mniej więcej tyle, że w weekendy jeździliśmy w długie tereny – 2 godziny i ponad 15 kilometrów, a w tygodniu to Siwus sobie tył na trawie, której już coraz mniej na padokach. Jednak myślę, że nowa, długa trasa terenowa trochę go męczy na cały tydzień.

Jednej niedzieli pojeździliśmy sobie na hali, ponieważ z przeziębieniem nie chciałam ryzykować zmoknięcia podczas wyjazdu w teren i jeszcze mocniejszej choroby. Muszę przyznać, że Kaszmir bardzo pozytywnie mnie wtedy zaskoczył, bo chodził grzecznie, szybko się rozluźnił i był bardzo współpracujący, mimo że sporą część jazdy był na hali sam, a wiadomo, co hale robią z samotnymi Kaszmirami – zjadają żywcem. Możemy to tłumaczyć chwilowym przebłyskiem geniuszu (czego?! 😉 ), faktem, że magnez z kilogramów bananów zaczął działać albo tym, że po prostu nie chciał mi robić wstydu przed Mamą, która wtedy ze mną była. A na koniec jazdy nawet wyszło trochę słońca i poszliśmy się rozstępować i pochlapać w wodzie na placu. Dzięki temu wreszcie mam dla Was jakieś zdjęcia, a nie ciągle Kaszmirowego uszy od tyłu.

W tym, kończącym się, tygodniu udało mi się wpaść w dobry rytm życiowy. W środę miałam wziąć Kaszmira na lonżę, ale chodził tak opornie, że ostatecznie wsiadłam na 30 minut kłusa i popracowaliśmy na trochę większym kole niż to do lonżowania. Nawet zastanawiałam się, czy nie powinnam Kaszmirowi trochę zwiększyć jedzenia, bo biedaczek nie ma siły chodzić. Na moje szczęście postanowiłam poczekać podjęciem decyzji do dzisiaj, czyli do piątku.

Dzisiaj utwierdziłam się w przekonaniu, że Kaszmirowy zdecydowanie nie potrzebuje większej ilości owsa. Zamiast porządnej pracy ujeżdżeniowej była godzinna szarpanina w stępie. Kaszmir się uparł, że nie przejdzie !tych! 20 metrów w stępie w ustawieniu. Na luźnej wodzy – możemy ponegocjować. To nie tak, że bezdusznie stwierdziłam, że koń to wredna małpa. Nie martwcie się! Przemyślałam to, że może go np. coś boleć. Jednak po całej ujeżdżalni nie było problemy z chodzeniem, a na tym kawałku Kaszmir odkrył swoje gimnastyczne możliwości (-> #4 Kaszmirowy Końsweek). Tył latał, głowa latała i przód też latał (wiedzieliście, że Kaszmir prawie potrafi stawać dęba? Ja też nie). Skończyło się na tym, że Kaszmir ostatecznie przeszedł tak, jak chciałam. Jednak myślę, że jutro nie ruszę ani szyją, ani ręką (to taka kara za brak zakwasów po czwartowym strechtingu na wfie). Muszę przyznać, że tak wkurzonego Kaszmira to już kilka lat nie było. Nie przypominam sobie jazdy, podczas której aż tak brykał i się cofał.

Mam nadzieję, że jutro w terenie Siwy trochę przewietrzy głowę i w środę uda nam się wprowadzić bardziej skomplikowane figury niż chodzenie do przodu. Jak widzicie z nim nigdy nie można się nudzić. A już na pewno czegokolwiek spodziewać!



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *